Ta recenzja jest bardzo stara. Została opublikowana 4 lata 9 miesięcy 23 dni temu, to oznacza, że była pisana w czasie, kiedy dopiero zdobywałem doświadczenie w pisaniu. Moim zdaniem lepsze recenzje zaczęły się dopiero około 2008 roku, po dwóch latach zdobywania doświadczenia.
Walter Sparrow (Jim Carrey) jest hyclem. Pewnego razu dostaje od żony książkę o tytule “The Number 23”. Zaczyna ją czytać i ze zdziwieniem odkrywa, że treść książki coraz bardziej przypomina jego własne życie. Wkrótce zaczyna zaniedbywać rodzinę, a książka jak i sama liczba 23 staje się jego obsesją, potrafi sprowadzić wszystko do owej liczby 23 – daty urodzenia, kolory, produkty, ludzi, imiona, nazwy – dosłownie wszystko. To właśnie w książce pisze, że liczba 23 potrafi zabijać, a mężczyzna zaczyna w to wierzyć i myśli, że 23 może zabić i jego.
Jim Carrey w roli nie-komediowej był… inny. Przyzwyczaiłem się już do jego genialnych kreacji w komediach, a tutaj mamy thriller psychologiczny. On sam spisał się bardzo dobrze, co jednak nie uratowało filmu. Bo mogło być bardzo ciekawie – fabuła, Carrey. Ale przesadzono, film momentami był naprawdę nudny i czekało się już tylko na zakończenie, bo historia Waltera już nas nie interesowała. A zakończenie? Zaskakujące, dobre, aczkolwiek nieszokujące. Może byłoby lepiej, gdyby seans nie męczył, gdyby wszystko działo się szybciej, sprawniej to i zakończenie wszystko ładnie by podbudowało. Niestety, nudziłem się i nawet świetne ukazanie treści książki i życia Waltera, świetny montaż, muzyka, nastrój i sam główny bohater nie poprawią mojej końcowej oceny – nie podobało mi się. Jedna wielka schiza głównego bohatera, sporo scen seksu i nuda. Pięć za Carrey’a i pomysł.
