Mijają trzy lata od wydarzeń przedstawionych w części pierwszej. Każdy z jedenastki Oceana wziął swoją część łupu i zajął się własnym życiem. Danny Ocean (George Clooney) wiedzie szczęśliwe życie z Tess (Julia Roberts), Rusty (Brad Pitt) natomiast zajął się hotelarstwem, ale trochę mu nie wyszło. Pozostali również się czymś zajęli i nie przejmują się resztą. Ale… Pewnego razu Tess odwiedza Terry Benedict (Andy Garcia)! Żąda, aby cała jedenastka Oceana oddała mu jego 160 milionów plus procenty… I tak odwiedza każdego z owej drużyny i grozi, że jeśli nie zrobią tego w ciągu dwóch tygodni czeka ich śmierć. Panowie wiedzą, że w USA nie mają, czego szukać, więc wybierają się do Europy. Niestety, tam ich drogi krzyżuje inny wyśmienity złodziej o pseudonimie Nocny Lis (Vincent Cassel), a także Isabel Lahiri (Catherine Zeta-Jones), pani detektyw oraz była Rusty’ego. Co z tego wyniknie? Ocean’s Twelve.
Gdy recenzję „Ocean’s Eleven” zakończyłem retorycznym pytaniem ‘czego chcieć więcej?’, na pewno nie miałem na myśli tego, co zrobili producenci – „Ocean’s Twelve”. Ale powstało, bo „11” zarobiło dużo, więc idą falą sukcesu, „12” pewnie też dużo zarobi. No zarobiło, ale poziom tego był niższy. Wprowadzono pomieszaną fabułę, raz jesteśmy tydzień do przodu, po czym znów wracamy tydzień do tyłu, i znów skaczemy tu i tam. W pewnych filmach odnosi to pozytywny skutek, w tym jednak trochę się zagubić można, bo dopiero na końcu wszystko zostaje nam wyjaśnione i to nie dokładnie! Do ogromnej listy gwiazd dołączyła jeszcze przepiękna Catherine Zeta-Jones, a także Vincent Cassel. Dwunastkę nadal ogląda się miło, jednak jest dużo słabsza niż Jedenastka… niestety. Ale obejrzeć warto. No i zwolnić z pracy tego, kto nadaje te tytuły filmom, bo to już nie jest zabawne.

