Spider-man (Tobey Maguire) powraca. Tym razem na jego drodze stanie troje wrogów. Pierwszym będzie Sandman, właściwie uciekający z więzienia Mark Flint (Thomas Haden Church), który przypadkiem ukryje się w reaktorze naukowców i zamieni się w człowieka z piasku. Harry Osborne (James Franco) nadal pewny tego, że to Peter zabił jego ojca chce jeszcze raz zemścić się człowieku-pająku. Trzecim i najgroźniejszym wrogiem będzie Venom, tajemnicza, czarna jednostka spada na ziemię i łączy się z kostiumem Petera. To wyzwala w Pająku negatywne emocje, Peter staje się bardziej agresywny, ale i pewny siebie, otwarty do ludzi, aż za bardzo. W porę chłopak się opamięta, jednak Venom zaatakuje Eddy’ego Brocka (Topher Grace), konkurenta - fotografa w gazecie. Ale to nie wszystko, bo jest jeszcze druga strona – Peter zamierza oświadczyć się Mary Jane (Kirsten Dunst). Na horyzoncie również pojawia się Gwen Stacy (Bryce Dallas Howard), która trochę zamiesza w życiu uczuciowym Parkera i związku z M.J.
Strasznie jestem zawiedziony. Zaczynając seans miałem nadzieję, na świetne widowisko, efekty specjalne, walki superbohaterów – czyli jakby nie patrzeć miłą, odprężającą rozrywkę. A co dostałem? Prawie trzy godzinny odcinek „Mody na sukces” czy czegoś w tym stylu. Ewentualnie nowa reklamówka PiS-u reklamująca miłość, przyjaźń i rodzinę. Tak właśnie, w trzeciej odsłonie Spidey’a mamy mnóstwo wątków miłosnych, wątki propagujące przyjaźń, a także wychwalające rodzinę. Oczywiście wszystko to prawda, ale momentami czułem się, jakbym pomylił filmy. Bo prawdziwej akcji jest tutaj tyle, co kot napłakał i jak zwykle jest ona na samiutkim końcu – na czasami w środku zdarza się coś ciekawego – ale rzadko. Pierwsza część przygód człowieka-pająka była świetna, druga gorsza, bo już wprowadzono to, czego tutaj jest za dużo. Tutaj postanowiono pokazać nie superbohaterów, ale ludzi się za nimi kryjącymi i ich powody do takiego a nie innego działania. Z jednej strony jest to bardzo dobre, ale scenarzysta po prostu przesadził i zamiast znaleźć Złoty Środek pomiędzy portretami psychologicznymi bohaterów i właściwą akcją, przedobrzył z tym pierwszym. Cóż, plus za samego Pająka i moją sympatię do niego, za końcową scenę i za Venoma – więcej chyba nie ma, na czym oka zawiesić. Sandman w ogóle nie przypadł mi do gustu.

