Danny Ocean (George Clooney) właśnie wyszedł z więzienia. Siedział tam za drobne kradzieże. Ale to nic, wyszedł i już ma plan na nowy skok. Będzie to największa kradzież w historii Las Vegas. Danny spotyka swojego starego kumpla Rusty Ryana (Brad Pitt) i wraz z nim obmyśla cały plan. Celem będzie skarbiec Terry’ego Benedict’a (Andy Garcia), miejsce gdzie trafiają pieniądze z trzech największych kasyn w mieście hazardu. Danny zamierza również zabrać Terry’emu coś cenniejszego niż pieniądze – swoją żonę, Tess (Julia Roberts). Aby napad udał się, Danny i Rusty zbierają 11 niezbędnych członków swojej grupy, m.in. doskonałego kieszonkowca (Matt Damon), speca od wybuchów, chińskiego akrobatę czy nawet podstarzałego dziadka. A wszystko to, sprytnie zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, tak, aby akcja się powiodła, a nasi bohaterowie wyszli z niej bogatsi o kilkanaście milionów. Czy uda im się to?
Zasiadłem do filmu z małą obawą. Gwiazdorska obsada – czy na pewno dobry film? Wielokrotnie przekonałem się, że nie jest to dobry pomysł na sukces. Ale… Miłe zaskoczenie, bo tutaj było bardzo zabawnie! I przede wszystkim – inteligentnie i na poziomie. Obsada idealnie uzupełnia dobre wrażenie o filmie. Ciągle jedzący coś Brad Pitt, Andy Garcia z kamienną twarzą, lekko wystraszony i niepewny siebie Matt Damon, uwodzicielska Julia Roberts czy George Clooney z ciągłym, pewnym siebie uśmieszkiem na twarzy. Chociaż muszę przyznać, że z całej mojej sympatii do Julii, ale w tym filmie była przeciętna. Może, dlatego, że miała tutaj stanowić tylko taką wisienkę, dodatek, nagrodę. Jednak drużyna Oceana to nietuzinkowa, zwariowana banda wariatów w jak najpozytywniejszym znaczeniu tego słowa. Tak, więc, „Ocean’s Eleven” ogląda się świetnie, film nie nudzi, często bawi, oszukuje i zaskakuje widza, ma także dobre zakończenie. Czego więcej chcieć?

