John Constantine (Keanu Reeves) od dziecka postrzegał świat inaczej. A to za sprawą tego, że miał dar widzenia demonów i aniołów, które wspólnie z ludźmi żyją na Ziemi. Szatan z Bogiem zawarli układ, że demony i anioły nie będą kierowały ludźmi, a jedynie podpowiadały, co dobre i złe. Jednak pewnego razu, przy jednym z egzorcyzmów, John odkrywa, że jakaś zmora chciała nie tylko przejąć kontrolę nad ofiarą, ale także przeniknąć do naszego świata, co jest przecież zabronione. Na domiar złego, lekarka bohatera mówi mu, że jest chory na raka i niedługo umrze. Niestety, wie on, że pójdzie do piekła, gdyż w młodości, chciał popełnić samobójstwo i przez dwie minuty był na tamtym świecie… w piekle. Jakby tego było mało, spotyka Angelę Dodson (Rachel Weisz), która opowiada mu o swojej siostrze bliźniczce. Miała ona podobne doświadczenia, co John… tyle, że właśnie popełniła samobójstwo. Angela nie wierzy, że jej siostra mogła to zrobić – wraz z Johnem stawi czoło piekielnej konspiracji sięgającej od piekielnych czeluści po niebiańskie wrota.
Po remekach i sequelach, ekranizowanie komiksów jest dzisiaj jednym z najczęstszych tematów filmów. I tak właśnie postawił „Constantine” oparty o komiks "Hellblazer" z wydawnictwa DC/Vertigo. W rolach głównych osadzono trochę drewnianego Keanu Reevesa oraz naprawdę dobrą i przekonywującą Rachel Weisz. Oglądało mi się to bardzo dobrze, z zapartym tchem śledziłem losy bohaterów. Uwagę zwracają również postacie drugoplanowe (momentami nawet lepsze od głównych postaci). Mowa tu o Chazie Chandlerze odgrywanym przez Shię LaBeoufa, oraz Tildzie Swinton świetnie oddającą postać zbuntowanego Anioła Gabriela, czy Peterze Stormare, który genialnie oddał rolę samego szatana. Efekty specjalne również na wysokim poziomie, a wizja piekła robi wrażenie. Generalnie polecam film, świetne widowisko, nudy nie było.

