Rok 2057. Słońce wygasa. Na Ziemi jest już bardzo zimno. Zbudowano super statek, wybrano specjalną załogę i wysłano ich do słońca. Tak, do słońca, mają do niego podlecieć i wrzucić mu bombę atomową, aby je „rozgrzać” i znów zaczęło świecić. Film rozpoczyna się już kilka dni czy tygodniu po wylocie naszej ekipy. Dotarła już ona prawie do końca swojej podróży. Niestety jeden z członków popełnia ogromny błąd, przez co misja staja pod wielkim znakiem zapytania. Jedyną nadzieją dla członków załogi jest inny statek, który kilka lat temu został wysłany w tym samym celu, ale jego misja się nie powiodła.
W 2003 roku Amerykanie w „Jądrze Ziemi” za pomocą bomby atomowej chcieli poruszyć Ziemię. Wcześniej bombą atomową, w „Armageddonie” chciano zniszczyć kometę podążającą w kierunku naszej planety. Teraz Brytyjczycy za pomocą bomby chcą poruszyć słońce. Irytujące to trochę, że nie ma innych pomysłów na ratowanie świata. Film „W stronę słońca” zachwyca oprawą wizualną, jednak straszy scenariuszem. O ile sam pomysł może wydać się absurdalny, aczkolwiek ciekawy, tak już opowiedziana nam historia nie zachwyca. Pełno jest tutaj nielogiczności, dziur czy po prostu głupot. Pomijając już to, że zbliżenie się do słońca jest awykonalne – ale skoro już się wybrali, to dlaczego tak dziwnie skonstruowano ten statek kosmiczny? Dlaczego tylko przednia część jest odporna na promieniowanie słońca, a już reszta nie? Możemy się domyślać, że było to np. za drogie – ale skoro ratują świat to pieniądze chyba nie powinny być przeszkodą? A już mega przegięciem dla mnie był pasażer na gapę, który ni stąd ni zowąd znalazł się po odwiedzinach w starym statku kosmicznym. Tak czy owak, film ten ma swój mikroklimat, takiej niby mroczności, a do tego sceny ze słońcem są naprawdę świetnie i warto film obejrzeć choćby właśnie dla efektów specjalnych w filmie. No, ale jeśli ktoś nie lubi, to ciekawej historii w tym filmie nie znajdzie.

