Ślub Kornela (Piotr Adamczyk) miał być największym wydarzeniem sezonu. Niestety… coś nie wyszło. Panna młoda wystawiła Kornela. W kościele rozpętała się mała wojna… A w sali restauracyjnej trwają ostatnie przygotowania do przyjęcia gości. Tytus (Borys Szyc) – kelner – rozmawia z łyżką. Nagle przyjeżdża srebrny Rolls-royce, wysiadają z niego trzej mężczyźni, Stavros (Krzysztof Stelmaszyk), Fistach (Tomasz Karolak) i Robal (Tomasz Kot) - wciągają do sali pobitego chłopaka - Sebastiana Tretyna (Maciej Stuhr) i barykadują się w jednej z sal. Niedługo po tym przybywa pan młody z zabandażowaną głową i jego brat, Janis (Cezary Kosiński). Panowie spędzą całą noc na piciu i na rozważaniu, jakie to kobiety są złe. Dojdą do kilku ważnych wniosków, ale odkryją również kilka ważnych prawd.
Polska komedia na miarę „Chłopaki nie płaczą” czy „Poranku kojota”. Film nie ma strasznie rozbudowanej fabuły, ale wszystko nadrabia świetnymi dialogami. To właśnie dialogi i siedmioro wspaniałych odgrywa główną i najważniejszą rolę. To oni tworzą film i jego klimat. W napływie beznadziejnych i mało wartościowych polskich filmów miło jest zobaczyć coś, co ma jakiś poziom, co potrafi rozbawić i nie jest puste i sztuczne. „Testosteron” może również pochwalić się świetnym montażem i ciekawymi retrospekcjami bohaterów. To, czego było za dużo w „Dublerach” i co aż raziło w oczy, tutaj jest idealnie dopasowane i wkomponowane. Robi to miłe wrażenie i pozwala jeszcze bardziej polubić ten film. Polecam obejrzeć, choćby z racji, że to polskie, a dobre. Ale oczywiście nie tylko, dlatego.
PS. Mój ulubiony tekst: Fistach: Przecież pół godziny temu mówiłaś, że mnie kochasz…
Dziewczyna Fistacha (rozbrajająco i z uroczym uśmiechem): kłamałam. :)

