Ta recenzja jest bardzo stara. Została opublikowana 4 lata 10 miesięcy 22 dni temu, to oznacza, że była pisana w czasie, kiedy dopiero zdobywałem doświadczenie w pisaniu. Moim zdaniem lepsze recenzje zaczęły się dopiero około 2008 roku, po dwóch latach zdobywania doświadczenia.
Isabel Bigelow (Nicole Kidman) jest czarownicą, ale ma już tego dość. Postanawia zamieszkać w domu, znaleźć pracę, żyć wśród ludzi i nie używać magii. Nie do końca jej to wychodzi, bo co chwila musi się posłużyć „pomocą” magii, nawet w najprostszych zajęciach jak podłączenie kablówki – przecież nigdy nie musiała tego robić, wiec nie wie jak. Któregoś razu w kawiarni spotyka Jacka Wyatta (Will Ferrell), aktora, którego filmy mają nienajlepszą sławę. Teraz postanowił on nagrać nową wersję starego serialu opowiadającego, o małżeństwie zwykłego mężczyzny z czarownicą. On będzie grał tego mężczyznę, a Isabel ma zagrać czarownicę. Kobieta zgadza się, na początku będzie żałować, a potem wkroczy miłość…
Znów obejrzałem film tylko, dlatego, że jest w nim jedna z moich ulubionych aktorek – Nicole Kidman. Trochę się zawiodłem. Nora Ephorn, autorka takich świetnych komedii romantycznych jak „Masz wiadomość” czy „Bezsenność w Seatle” chciała prawdopodobnie zrobić kolejną komedię na miarę tych wcześniejszych. Nie udało się jej to. Pomysł był dobry, jednak mnie najbardziej denerwowała rola męska – Will Ferrell. Tak jak Tom Hanks i Meg Ryan idealnie pasowali do siebie w „Masz wiadomość” i „Bezsenności…” tak tutaj urocza Nicole Kidman kompletnie nie współgrała z Willem. Nie było iskrzenia, nie było widać uczuć. Oglądało się to po prostu, jak kolejny film, bez nadmiernych emocji – które wzbudzały poprzednie komedie pani Ephorn. Także, jeśli chcesz obejrzeć coś uroczego ze swoją drugą połówką, to lepiej sięgnij po starsze dzieła, aniżeli po te nowsze. Obejrzeć można, owszem, ale jak mówię – bez zachwytu. Nawet Nicole nie uratowała filmu (a była świetna, do tego w blond włosach, w nich lubię ją najbardziej).
