closeTa recenzja jest bardzo stara. Została opublikowana 5 lata 1 dzień temu, to oznacza, że była pisana w czasie, kiedy dopiero zdobywałem doświadczenie w pisaniu. Moim zdaniem lepsze recenzje zaczęły się dopiero około 2008 roku, po dwóch latach zdobywania doświadczenia.

Stephane wraca do domu, gdyż jego mama znalazła mu pracę, która miałaby polegać na projektowaniu kalendarzy. Jednak na miejscu okazuje się, że wcale tak nie jest – Stephane musi jedynie przyklejać odpowiednie naklejki w odpowiednie miejsca na kalendarzach. Mężczyzna jest trochę zawiedziony. Poznaje jednak swoją sąsiadkę, która ma na imię Stephanie. Zbieg okoliczności? Nasz bohater ma także bardzo dziwną przypadłość, nie potrafi do końca znaleźć granicy między jawą a snem. Podczas snu potrafi interaktywnie na niego wpływać, a często na jawie nie do końca wie, co się dzieje. I właśnie w jego życiu pojawia się Stephanie, która jest za równo w snach i na jawie, która potrafi go zrozumieć, jak nikt inny. Która w końcu, może potrafi go pokochać?

Dziwny film, melancholijny, romantyczny na swój sposób, senny. Nie były to zarzuty, ale raczej komplementy. Choć czasami można się zagubić, to jednak coś w tym filmie jest, co nas interesuje. Może to taka banalna historia, opowiedziana w ten osobliwy sposób. Filmów o snach, czy też w snach było już wiele. Za równo gorsze, jak i lepsze. Nie sposób to nie wspomnieć o fenomenalnym „Donnie Darko” czy też zaskakującym „Zostań”, w których sen odgrywał jedną z ważniejszych, kluczowych ról. „Jak we śnie” plasuje się dokładnie po środku jakości filmów. Nie mogę narzekać, bo w tym filmie coś jest, jednak nie zachwyciło mnie tak bardzo bardzo jak wspomniane wcześniej filmy. Film francuskiego reżysera, Michela Gondry to obraz inny. Nie żałuję poświęconego na niego czasu – ale czy polecam? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

Moja ocena: 6/10

Autor: Łukasz Mantiuk dodane 18 maj 2007 o 15:02

Skomentuj


*