Jaś Fasola powraca. Właśnie wygrał wycieczkę na lazurowe wybrzeże, do stolicy filmu – Cannes. Dostaje bilety, pieniążki i wyrusza. Niestety, jak to zawsze bywa z Jasiem Fasolą, natrafia na różne, dziwne kłopoty. Najpierw krawat mu się wcina w automat, przez co spóźnia się na pociąg. Gdy już rusza, musi zająć się młodym chłopakiem, którego ojciec został na stacji – całkiem przypadkiem, przez Fasolę. I tak tym razem poznajemy wesołe losy Jasia Fasoli i jego towarzysza wycieczki, młodego Rosjanina, Stiepana. Całości podróży towarzyszy im także kamera cyfrowa, którą Jaś nagrywa swoje wakacje.
I od tejże kamery zacznę – cholernie wkurzająca! Strasznie trząsł tą kamerą, co mnie niemiłosiernie wkurzało. Gdy coś rozjechało mu rower, modliłem się, żeby kamerę, też, ale nie… A oprócz tej kamery to było bardzo fajnie i pozytywnie. W odpowiednim dla Jasia Fasoli stylu – śmiesznie, głupkowato, niezdarnie i uroczo. Fasola, grany przez Rowana Atkinsona, jak zwykle niewiele mówi, są to albo krótki „Oui” lub „No”, lecz całych zdań z jego ust raczej nie doświadczymy – może w tym cały jego urok? Bohatera znamy głównie z serialu, ale pojawił się już raz na ekranach kin – dokładnie 10 lat temu w filmie „Jaś Fasola – nadciąga totalny kataklizm”. Obydwa filmy na podobnym poziomie, ale śmiem stwierdzić, że druga część odrobinę lepsza od poprzedniej. Urzekły mnie także widoki Francji – TGV, lazurowe wybrzeże, małe wioski – czarująco. Podsumowując, „Wakacje Jasia Fasoli” to miła, odstresowująca komedia w sam raz na majowy wypad do kina. Warto się wybrać. :)

