
Naukowiec Jack Hall (Dennis Quaid) przewiduje globalną katastrofę. Przedstawia ją rządowi USA, podając stosowne argumenty, jednak ten nie bardzo w to wierzy. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy Chicago zostaje prawie zmiecione z powierz nich Ziemi przez falę tornad, w Indiach zaczyna padać śnieg, a w Chinach olbrzymi grad. Świat stoi na skraju swojego końca. Jack twierdzi, że najpierw nastąpi globalne ocieplenie, lodowce zaczną topnieć, następnie temperatura spadnie do olbrzymich temperatur minusowych i nastąpi nowa epoka lodowcowa. Prezydent USA postanawia ewakuować ludność poniżej równika, gdzie skutki katastrofy będą odczuwalne w najmniejszym stopniu. Jack jednak wie, że jego syn. Sam (Jake Gyllenhaal). jest w tym czasie w Nowym Jorku na szkolnej olimpiadzie. Postanawia wyruszyć tam, aby uratować syna i jego przyjaciół.
Katastroficzny film – lubię takie – przepełniony świetnymi efektami specjalnymi, ale z nienajlepszym scenariuszem. Czyli standard takich filmów. Cel to głównie pokazać, a nie dać odczuć. I tutaj naprawdę dużo można było zobaczyć, co mi podobało się bardzo. Jeszcze jednak rzecz, która mnie zastanowiła, to, że katastrofa ukazana w filmie „Pojutrze” nie jest do końca taką kompletną fantazją scenarzysty. To, co się wydarzyło w tym obrazie, to bardzo możliwa wizja naszego świata. Oczywiście nie w tak szybkim tempie, jak to działo się tutaj, jednak, co raz słyszy się o tornadach, gradobiciach, tsunami czy powodziach – czy czeka nas zemsta natury? Chyba tak można to nazwać. Generalnie polecam film, mi podobało się bardzo.

