
W tajemniczym, czerwonym pomieszczeniu widzimy człowieka. Chwilę później ten sam człowiek zostaje dosłownie poszatkowany przez metalową kratkę. To właśnie początek klimatycznego filmu, jakim jest „Cube”. Sześć zupełnie nieznających się nawzajem osób zostaje zamkniętych w dziwnym pomieszczeniu. Wygląda jak kostka, a po środku każdej ściany, na suficie i na podłodze jest wejście do innego, różniącego się jedynie kolorem, sześcianu. Nieznajomi będą musieli ze sobą współpracować, aby znaleźć wyjście i uniknąć śmiercionośnych pułapek zastawionych w losowych pomieszczeniach.
Tak się złożyło, że oglądam trochę ‘od tyłu’ trylogię „Cube”. W ubiegłoroczne wakacje obejrzałem „Cube 2 –Hypercube”, którym nie byłem zachwycony. A jaki jest pierwowzór? Na pewno lepszy, jednak… Bez polotu. Na początku ogląda się dobrze, jednak zmierzając do końca robi się trochę nużąco. A co do końcówki? Totalnie mi się nie podobała, bo końcówki właściwie, jako takiej nie ma. Jest tzw. kompozycja otwarta. I ogólnie to, co wydarzyło się w „moście” też mi się nie podobało. Podsumowując – na pewno lepiej od sequelu, ale nie zachwycająco. Seans na własną odpowiedzialność.

