
XVIII-wieczna Francja. W okrutnie cuchnącym miejscu Paryża rodzi się Jean Baptiste Grenouille. Przygarnia go kobieta, która ma już kilkanaścioro dzieci, głownie dla pieniędzy. Baptiste od samego początku wydaje się być dziwny, rozpoznaje świat poprzez węch. A węch ma doskonały, potrafi wywąchać wszystko i zapamiętać każdy zapach. Gdy już jest dorosły, znajduje pracę u znanego perfumiarza, którego zadziwia tworzeniem pięknych perfum. Baptiste pragnie zatrzymać zapach, jednak jego pracodawca nie umie nauczyć go wszystkiego, więc ten idzie do miasta, które jest stolicą zapachów. Tam Baptiste dokonuje swojego działa tworząc zapach zapachów, jedyny, niepowtarzalny – jego własny. Tylko, jakim kosztem?
Ekranizacja powieści Patricka Suskinda o tym samym tytule. Kolejna z powieści, której wydawałoby się, że nie da z ekranizować. A jednak się dało. „Pachnidło” to przede wszystkim opowieść o zapachach, czyli czymś, czego w kinie nie możemy poczuć. Jednak reżyser sprawnie nam pokazuje, że możemy to sobie wyobrazić. A pomóc nam w tym ma idealnie wpasowana muzyka, świetna scenografia i kostiumy, no i chyba najważniejsze - Ben Whishaw, czyli Jean Beptiste. Aktor świetnie oddał szaleństwo i pasję głównego bohatera. Zagubiony, jakby obłąkany, dąży do celu. No to chyba by było na tyle plusów.
Teraz o minusach. Pierwszy mój zarzut – za długo. Rozumiem, że to powieść, ale za długo. Momentami robiło się naprawdę nudno. Drugi zarzut, ale to już chyba do samego pisarza – zakończenie. Dla mnie było… śmieszne? Po prostu, nie wiem, czego się spodziewałem, no, ale nie czegoś takiego. Mogłoby się obejść np. bez orgii. No, ale cóż, ostatnie kilkanaście minut naprawdę mnie zniesmaczyło i zniechęciło do tego filmu. Ale stawiam 7 ze względu na pierwsze półtorej godziny i ogólny całokształt. A czy obejrzeć? Lepiej sięgnijcie po książkę, a potem może…

