
Na samym początku nieznane jeszcze nam kobiety czyszczą groby. Dalej poznamy je wszystkie. Rajmunda (Penelope Cruz) nastoletnią córką wraca do domu. Dowiaduje się, że jej mąż właśnie stracił pracę. Kobieta jest załamana, bo i tak brała nadgodziny. Następnego dnia wraca z pracy i zastaje zdruzgotaną córkę na przystanku. W domu wydarzyło się coś złego: mąż Rajmundy zaczął się dobierać do córki, a ta w obronie własnej zadźgała go nożem. Jakby tego było mało, zaraz po tym przychodzi wiadomość o śmierci ciotki Pauli, która opiekowała się Rajmundą w dzieciństwie. Ta jednak nie jedzie na pogrzeb, wysyła tam swoją siostrę Sole, która dowiaduje się, że w dzień śmierci duch matki Sole i Rajmundy przyszedł do mieszkającej naprzeciwko Augustiny. Jakby tego było mało, Sole po powrocie do domu znajduje w bagażniku… swoją matkę (Carmen Maura).
Hiszpańskie słowo volver, znaczy tylko, co wrócić. Tak jak matka Rajmundy wraca, aby wyjaśnić pewne sprawy i pokazać, że kilkanaście lat temu to nie ona zginęła w pożarze. Jest to mój pierwszy film reżysera Pedro Almodóvara. Historia, która mogła przytrafić się każdemu. Świat, w którym główną rolę grają kobiety. Rewelacyjna Penelepe Cruz, barwne stroje. Na samym początku filmu odniosłem wrażenie, że film to będzie taki dłuższy odcinek brazylijskiej telenoweli. Po seansie… wrażenie miałem podobne. Owszem, było prawie jak w telenoweli, jednak telenoweli na bardzo wysokim poziomie. Losy bohaterek idą powoli, jednak nie powiem, żeby były nudne i ciągnęły się. Cały film oglądałem tak ‘po prostu’, nudno na pewno nie było. Generalnie, bardzo specyficzne kino – czy obejrzeć? Można, jest dobrze – ja nie żałuję.

