„Kill Bill vol.1” to bardzo… dziwne i nietypowe dzieło znanego wszystkim Quentina Tarantino. Najpierw o samej fabule, która skomplikowana nie jest. Panna Młoda (Uma Thurman), której imienia nie znamy, w dniu swojego ślubu zostaje brutalnie pobita zmasakrowana, a jej mąż, a także wszyscy goście – zabici. Kobieta trafia do szpitala w stanie śpiączki, a budzi się z niej po 4 latach. Postanawia zemścić się, zabijając sprawców jej tragedii. Tak się składa, ze wie, kim oni są, gdyż kiedyś, jako Czarna Mamba, należała do ich grupy – Śmiercionośny Pluton Żmij.
Tu się zatrzymam. Film ten to przede wszystkim kunszt reżysera, który bawi się wszystkimi dostępnymi mu technikami. Film podzielił na działy, obraz jest raz czarnobiały, raz kolorowy a w pewnym momencie szary, a jedyne kolory to niebieskie oczy Umy Thurman i jej zielone kolczyki. Tarantino wplótł także do filmu znane, japońskie anime, a na sam koniec wszystkie rozdziały wymieszał tak, że nie ma tu linearnej fabuły. „Kill Bill vol.1” ma dwa woluminy, jak widać w tytule. W „vol.1” poznajemy całą historię Panny Młodej a także zemstę na dwóch wrogach z grupy Śmiercionośnych Żmij – Verenite Greek a.k.a. Kobra (Vivica A.Fox) i O-Ren Ishi a.k.a. Mokasyn Dalekowschodni (Lucy Liu). Obraz zostaje urwany w połowie, gdzie przypuszczam zacznie się „vol.2”.
Film jest trochę brutalny, krew tryska nienaturalnie na prawo i lewo. Jednak sceny walki całkiem, całkiem (dla fanatyków wręcz doskonałe) – jak to bywa w kinie – jeden człowiek potrafi zabić tyle ludzi, ile chce. Tu plusem jest, że nasza bohaterka też czasem obrywa. Dla mnie, drugim dużym plusem jest Lucy Liu – genialna, spokojna, opanowana. W końcowym rozrachunku… Polecam film, osobiście nie żałuję, że obejrzałem.

