Maroko. Pasterz kupuje od sąsiada broń, aby jego dzieci mogły bronić kozy przed szakalami. Dzieci jednak wbrew woli ojca używają broni, do czego innego – testują jej zasięg strzelając do przejeżdżającego autokaru z turystami.
Ponownie Maroko. Małżeństwo odwiedza kraj, by uciec od problemów i naprawić swój związek. Jadąc autokarem Susan zostaje postrzelona. Richard namawia kierowcę, aby zawiózł ich do pobliskiej wsi, gdzie jest lekarz.
USA, później Meksyk. Gospodyni Amelia opiekująca się dwójką dzieci chce jechać na ślub swojego syna. Nie mając, z kim zostawić podopiecznych, zabiera je ze sobą, nie patrząc na konsekwencje.
Japonia. Tokio. Głuchoniema dziewczyna, Chieko, nie może dogadać się z wychowującym ją samotnie ojcem. Do tego czuje się odrzucona przez swoja inność.
Cztery historie, powiązane ze sobą jedną nitką, ale także jednym motywem – nieumiejętność słuchania, niezrozumienie. Marokańskie dzieci strzelające bronią, będącą prezentem japończyka, do turystów, których dziećmi zajmuje się, nielegalnie przebywająca w USA, meksykanka. Wszyscy oni mają problem z porozumiewaniem się – niczym ludzie na tytułowej, biblijnej wieży Babel.
Film intrygujący. Trzeci już w dorobku reżysera Alejandro Gonzáleza Inárritu po „Amores Perros” i „21 gramów” utrzymany w podobnym kanonie. Przyznam się, że „21 gramów” miałem okazję zacząć oglądać, ale do końca nie dotrwałem. W przypadku tego filmu dotrwałem i jestem z siebie dumny. Bo film godny uwagi. A składa się na to nieprzeciętny scenariusz, nielinearna, ciekawa fabuła a nawet dobra muzyka. Cóż, zapraszam do kin!

