Carl i Molly biorą ślub. Są szczęśliwi i nic nie jest w stanie naruszyć ich spokojnego, pięknego życia. Nic bardziej mylącego. Przyjaciel Carl’a, Dupree stracił mieszkanie i nie ma się gdzie podziać. I tu z pomocą przychodzi Carl. Dupree wprowadza się do domu nowożeńców naruszając wielokrotnie ich prywatność. Zakochani próbują poradzić sobie z niesfornym lokatorem, jednak ten wydaję się jakby zatrzymał się na etapie dzieciństwa – nie sprząta po sobie, bawi się z dzieciakami na podwórku, jest nieodpowiedzialny. Jakby tego było mało, ojciec Molly nie znosi swojego zięcia i robi wszystko, aby małżeństwo córki się rozpadło. Awansował go w swojej firmie tylko po to, aby ten miał mniej czasu dla swojej żony. Czy mimo to wszystko małżeństwo da sobie radę i przetrwa?
Film niesamowicie nudny. Dłuży się i nuży. Na pewno się spodoba fanom Owena Wilsona (Dupree), ale, jako że nie jestem jego fanem to w ogóle mi się nie podobało. Cały czas myślałem tylko „kiedy to się w końcu skończy?!”, a gdy się skończyło odetchnąłem z ulgą. Na uwagę zasługuje tutaj tylko piękna Kate Hudson (Molly) i właściwie tylko ona. Nic po za tą aktorką mnie tutaj nie zaciekawiło. Humor był denny – nie nazwałbym tego komedią, bo to obraza dla tego gatunku. Jestem na nie – nie polecam, nie radzę tego oglądać. Zróbcie sobie przysługę i pomińcie ten film.

