Na Ziemi zaczynają dziać się różne, niepokojące rzeczy. Nagle umiera kilkanaście osób z rozrusznikami serca, ptaki zaczynają trącić orientację w leci, burze są coraz częstsze i coraz gwałtowniejsze. Ludzie są zaniepokojeni. Niedługo po tym geolog Jose Keyes odkrywa, że jądro Ziemi przestało się kręcić, co powoduje, że pole magnetyczne Ziemi słabnie, a za rok przestanie w ogóle istnieć i wtedy cała Ziemia spali się od promieni słonecznych. Tak się szczęśliwie składa, że na pustyni, afroamerykanin Dr Edward Brazleton opracował niesamowite rzeczy. Tzn. maszynę, która potrafi zrobić dziurę średnicy ok. 4 metrów skale a także ‘niemożliwium’, czyli materiał, który w coraz to wyższej temperaturze staję się coraz to odporniejszy. I tak geolog, wynalazca i czworo innych ludzi wyruszają w głąb Ziemi. A po co? A wymyślili sobie, że zdetonują w środku duuuuuuuuużą ilość ładunku atomowego i to ‘cudownie’ ruszy jądro Ziemi.
No cóż, film… jest niższych lotów. Ogromna tu ilość nieścisłości, nielogiczności, niemożliwości. Samym absurdem jest już podróż w głąb Ziemi, czy chociażby wyobraźnia reżysera, co do tego, co we wnętrzu naszej planety się znajduje. Mnie osobiście bardzo zniechęciło, jeśli można tak to nazwać to, iż nasi naukowcy wyruszają powiedzmy to tak ‘na górze’… a wracają również na górze – o ile mnie pamięć nie myli, to spadać do góry nie można? Nie wiem, może nie uważnie oglądałem… Jestem na nie. Film był średni, efekty takie sobie, aktorstwo niskie… Sam pomysł może nawet dobry, ale wykonanie tragiczne.

