Tragedia. Zastanawia mnie, dlaczego twórcy filmów zamiast stawiać na nowe, świeże pomysły odgrzebują „stare pierniki” … jednym wychodzi to na lepsze, innym na gorsze. Jednak zawsze pozostaje niesmak typu, „…ale to już było…”
Ale do rzeczy. Przede mną „Superman: Powrót”. Najpierw po włączeniu filmu doznałem pierwszego szoku – ponad 2 godziny! I niestety dla tego filmu – to był pierwszy i ostatni szok tego filmu. Od ostatniej części filmu minęło 6 lat. Superman powraca z pseudowycieczki, którą odbył w celu poznania swojej planty, Krypton. Na Ziemi, jak to na Ziemi różnie rzeczy się dzieją. A to Lex Luthor wychodzi z więzienia – przez Supermana, gdyż ten nie stawił się jako świadek na sprawie sądowej – Lois Lane zaręczyła się i ma dziecko, dostała także nagrodę Pulicera za artykuł „Dlaczego świat nie potrzebuje Supermana?” I na co tutaj nam Superman? Oczywiście, jak to w tego typu filmach bywa, jak go nie było to wszystko było ok., ale jak przybył to od razu zaczęło się coś dziać, aby ten mógł działać. Banał.
Jeśli chodzi o grę aktorów i tym podobne, to raczej czepiać się nie ma, czego. Jedyne, czego się przyczepię i będę się nad tym pastwić to scenariusz. Bo jak tu się nie użalać jak z filmu o superbohaterze, gdzie idąc do kina oczekuję jakiś efektów specjalnych itp. dostaję dwugodzinne romansidło? Inaczej nie da się tego określić. Przez cały ten czas widzimy sercowe rozterki Supermana/Clarka wciąż kochającego (wciąż) piękną Lois, a także Jej „wahania uczuć”… Po prostu – powiem tak, jeśli jesteś fanem Supermana i oczekujesz jakiejś dobrej kontynuacji – zawiedziesz się. Jeśli jesteś fanem ‘Mody na sukces’ – wal śmiało.

