Oświadczyny po irlandzku (2010)

Oryginalny tytuł: Leap Year | Reżyseria: Anand Tucker Kocham Cię jak Irlandię

Leap Year / Oświadczyny po IrlandzkuIstnieje stara, irlandzka tradycja, że w roku przestępnym, 29 lutego kobieta może oświadczyć się mężczyźnie (jakby nie patrzeć, to przecież kobiety tak walczą o równouprawnienie, że taka możliwość powinna istnieć zawsze, no, ale…). I właśnie ta tradycja będzie główną osią nowego filmu z Amy Adams w roli głównej.

Bo oto Anna Brady (Amy Adams) idealna, ułożona i z zaplanowanym życiem na kolejne tygodnie postanawia wyruszyć do Irlandii, gdzie właśnie znajduje się jej chłopak. Koleżanka bohaterki widziała, jak mężczyzna wychodził ze sklepu z biżuterią to też wywnioskowała, że pewnie się jej oświadczy. Tak się nie stało, to też dziewczyna bierze sprawy w swoje ręce. Niestety, podróż do Irlandii nie będzie taka prosta.

Amy Adams po kilku naprawdę dobrych rolach („Zaczarowana”, Oscarowa „Wątpliwość”, „Julie i Julia”) postanowiła przejść na lżejszy repertuar. Bardzo lżejszy. „Oświadczyny po irlandzku” to prosta, to bólu oklepana komedia romantyczna, jakich wiele. Ale! Ogląda się ją miło, po prostu, jeśli ktoś lubi ten gatunek, to nie zawiedzie się. Jest para. Nie ma pary. Nie było miłości. Jest miłość. I oczywiście kontrast – ułożona + cham/prostak. No cóż, skoro taki motyw sprawdza się dobrze, to, dlaczego by go nie używać, aż się kompletnie przeje ludziom?

Dodatkowym i właściwie chyba najlepszym motywem tej komedii jest Irlandia. Mamy możliwość podziwienia pięknych widoków tego kraju, a także poznania wielu ciekawostek, wierzeń i stereotypów na jego temat. Niewątpliwie ostatnimi czasy mamy komedie, które – oprócz standardowego motywu – przemycają nam po drodze wycieczki po malowniczych krajach (była już Grecja, Rzym, Irlandia…)

Podsumowując, sprawna, dobrze nakręcona i zagrana komedia romantyczna, która idealnie wpisuje się w swój gatunek. No i Amy Adams.

Moja ocena: 5/10

Alicja w Krainie Czarów (2010)

Oryginalny tytuł: Alice in Wonderland | Reżyseria: Tim Burton Burton w krainie Disneya

Alice in Wonderland / Alicja w Krainie Czarów Jakiś dawny czas temu, jak jeszcze nie było wiadomo, że Tim Burton nakręci „Alicję w Krainie Czarów” to naprawdę sobie pomyślałem, że gdyby on się za to wziął, to powstałoby arcydzieło. Rozmyślałem, że mógłby nakręcić właśnie „Alicję…” albo „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. Z jego wyobraźnią… no i Burton zabrał się za „Alicję w krainie czarów” oraz „Alicję po drugiej stronie lustra”. Dla Disneya. Arcydzieło nie powstało.

Fabuła filmu to taka hybryda obydwu książek o Alicji. Jest już ona (Mia Wasikowska) dorosła, a rodzice wybrali jej mężczyznę, z którym ma się pobrać. Niestety nie widzi się jej to, podczas szaleńczej ucieczki, będącej jednocześnie pogonią za Białym Królikiem, Alicja wpada do króliczej nory. Przenosi się do krainy, w której kilkanaście lat temu już była. Wtedy to też, źle przeczytała jej nazwę. Krainą rządzi zła Królowa Kier (Helena Bonham Carter). Nie będzie bajecznie.

Zacznę od najlepszego elementu filmu Burtona – od aktorów. Większość spisała się doskonale, a niektórzy prawdopodobnie zagrali swoje najlepsze role w karierze. Absolutnie rozbrajająca i nieziemsko genialna była Helena Bonham Carter w roli Królowej Kier. Nie ma słów by opisać geniusz roli, który wyczarowała nam Carter. Już dla niej samej warto by to obejrzeć, ale to nie koniec. Chyba nikt nie miał wątpliwości, że i Johnny Depp spisze się doskonale? Każda jego rola to perełka i nie było inaczej tym razem. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że jest to pierwszy film, w której Bonham Carter była lepsza od Deppa. Nawet znacznie lepsza.

Red Queen

Osobna bajka jest z Białą Królową – tutaj Anne Hathaway. Jej oderwanie od rzeczywistości oraz zachowanie podobne do tego po zażyciu jakichś narkotyków było świetne. Pochwały tu należą się oczywiście dla Hathaway, była zagrała to naprawdę dobrze. Zaraz za tą trójką są pozostałe role drugoplanowe, każda z nich miała coś w sobie, każda z nich… ahhh! Kot z Cheshire, Biały Królik, Marcowy Zając, Gąsienica Absolem… wymieniać by długo. Do plusów należy dopisać jeszcze znakomitą (jak zawsze) muzykę Danny’ego Elfmana. Majstersztyk!

Przy całych tych zachwytach celowo nie wspominam o Mii Wasikowskiej, która odegrała najważniejszą rolę, czyli Alicję. Nie podobała mi się. Miałem wrażenie, że cały czas grała jedną miną, niezależnie czy miała się akurat cieszyć, bać czy uciekać. Poker Face i już. Tu jednak zdania są podzielone, są ludzie, których rola Wasikowskiej zachwyciła. Mnie nie.

Marcowy zając

Ale to wszystko nic, ponieważ – z bólem to muszę napisać – ale „Alicja w krainie czarów” to film słaby. Może nawet najsłabszy w jakże kolorowej filmografii Tima Burtona. Ogląda to się dobrze, ale Burton to reżyser, od którego oczekuje się znacznie, znacznie więcej. Owszem, gdyby taki film nakręcił ktoś inny, to można by powiedzieć, że wow, udało się komuś, ale… ale Burton zrobiłby to lepiej. Wszyscy tak myśleli, wszyscy się zawiedli. Ja się zawiodłem, bo brakowało mi tutaj tej „magii” Burtona, tych szalonych, odważnych pomysłów. Za mało Burtona w Burtonie, za dużo Disneya. Tak, zdecydowanie całą winę za spieprzenie*Alicji…” ponosi Disney, który zapewne chciał zarobić jak najwięcej, przez co te bardziej szalone pomysły Burtona być może były łagodzone lub usuwane. A może sam Burton chciał zrobić lżejszy film? Cóż, udało mu się już raz zrobić coś genialnego a jednocześnie lekkiego i dla wszystkich („Charlie i Fabryka Czekolady”), myślę, że i tego tym razem oczekiwaliśmy.

Niestety, panie Burton, wytwórnio Disney – spieprzyliście*. Powstał film znośny – ogólnie, oraz film słaby – jak na Burtona. Warto obejrzeć jedynie dla genialnych kreacji Heleny Bonham Carter i Johnny’ego Deppa, oraz świetnej Anne Hathaway.

Moja ocena: 6-/10

* - pierwszy raz używam takich słów w recenzji, ale niestety, inaczej nie da się tego określić. „Zepsuć” nie oddaje tego.

Filmlog 2.0, oto on. Jak wrażenia? :D

Księga ocalenia (2010)

Oryginalny tytuł: The Book of Eli | Reżyseria: Albert Hughes, Allen Hughes Księga pamięci

The Book of Eli Postapokaliptyczny świat, ludzie jak zwierzęta, zniszczona natura, zdemolowane domy i całe miasta… czyli co by było, gdyby… lubię takie filmy. Oto „księga ocalonych”, gdzie cała akcja kręci się wokół jednej książki.

Bohaterem jest Eli (Denzel Washington) który (na początku nie wiadomo dlaczego) ale idzie na zachód. Podróżuje przez wyżej przeze mnie opisany świat – zniszczony, brudny, zdegradowany. I oczywiście na początku nie wiemy nic, lecz z czasem wyjaśnia się, co nie co – aczkolwiek nadal są to informacje szczątkowe. Eli niesie książkę, która jest bardzo ważna dla ludzkości. Niestety, trafia na prowizoryczne miasto, gdzie jego boss (Gary Oldman) stwierdził, że chce tę książkę.

Zdjęcia powalają. Wszystko jest naprawdę mocno zniszczone i za każdym razem robi wielkie wrażenie. Szczególnie nad niebem musieli dużo napracować się w komputerze, bo jest bardzo realistyczny, przerażające i żywe. Przez większość filmu Eli podróżuje przez pustynię, ale gdy już trafia do miasta… Cóż, mogło być odrobinę lepiej, bo czasami praca komputera za bardzo rzuca się w oczy.

Przyczepiłbym się do fabuły – jest bardzo naiwna i rozdmuchana. Szczególnie, gdy już dowiadujemy się, o jaką książkę chodzi. Eli jest niezniszczalny, dużo pić nie musi, o jedzeniu nie wspominając. Już nie powiem nic na temat, że całe Stany przemierza na piechotę, a bandę uzbrojonych złoczyńców pokona jednym paluszkiem. Być może to taka konwencja, a pomaga mu książka, ale ja tego nie łykam. Śmieszyło mnie to, film mnie nie wciągnął. Nie oczekiwałem niczego, zachęciły mnie zdjęcia i zapowiedź, która była bardzo klimatyczny. Ale nic bardziej mylącego, klimatu nie było, a zamiast tego momentami była nuda.

Denzel Washington zagrał bardzo fajnie, może dzięki niemu te patetyczne i nadmuchane teksty nie były aż tak śmieszne, nie mniej jednak to nie dla niego film… Miło też patrzyło się na Milę Kunis. W sumie stracone prawie dwie godziny, nie polecam – mogło być lepiej.

Moja ocena: 4-/10

Nostalgia anioła (2009)

Oryginalny tytuł: The Lovely Bones | Reżyseria: Peter Jackson Nostalgia Petera

Nostalgia anioła Jak ja to lubię, wręcz uwielbiam, gdy znany, wielki, ceniony reżyser, który nakręci coś wielkiego i bardzo dobrze przyjętego postanawia na zrobienie czegoś kompletnie odwrotnego. Peter Jackson, którego przedstawiać nikomu nie trzeba zrobił bardzo skromny dramat fantasy, z nominowaną trzy lata temu do Oscara Saoirse Ronan, w roli głównej.

Już sam początek jest bardzo niestandardowy. Bohaterka, Susie Salmon (Saoirse Ronan), zostaje zamordowana. My wiemy, przez kogo, jednak jej rodzice nie. Cała fabuła będzie opierała się na tym, iż Susie będzie przyglądać się z nieba postępującemu śledztwu, będzie próbowała zrozumieć, co tak naprawdę się stało, a także w jakiś sposób pomóc rodzicom.

I tak jak rzeczywiście lubię dramaty i to, jak ci znani i poważani próbują je kręcić, tak Peterowi nie do końca wyszło. Zapowiadało się bardzo dobrze, historia, która początkowo została przedstawiona na łamach książki Alice Sobold o tym samym tytule, mogła być naprawdę wciągająca. Jednak Jacksona poniosło. Kompletnie nie podobała mi się warta fantazyjna, część, w której Susie spaceruje po niebie – ta taka bardzo kolorowa i sugestywna. Zepsuło mi to odbiór filmu, wolałbym coś mrocznego i posępnego.

Ale z drugiej strony – bardzo muszę pochwalić wszystkich aktorów. Poczynając od głównej bohaterki, Saoirse Ronan, która już w „Pokucie” pokazała, że jest i będzie wielka, tutaj kontynuuje to wszystko. Mark Wahlberg i Rachel Weisz, którzy zagrali rodziców Salmon również bardzo ładnie oddali emocje, które nimi szargały. Nominowany za tę rolę do Oscara Stanley Tucci również był bardzo dobry, aczkolwiek moim zdaniem bardziej należałaby mu się nominacja za rolę w „Julie i Julia”. I w końcu dochodzimy do Susan Sarandon, która zagrała babcię bohaterki. Mistrzostwo! Oczywiście nikogo nie trzeba przekonywać, jak dobrą aktorką jest Sarandon, jednak warto obejrzeć ten film chociażby dla Saoirse i właśnie Susan.

Nostalgia anioła

Nostalgia anioła” to film dobry, jednak bardzo nierówny i niespójny. Podczas gdy początek jest świetny, tak już po śmierci Susie wszystko się rozpływa. Tak jak życie jej rodziców się załamało, tak cała konwencja w filmie się rozbiła, rozpuściła i przestała być do końca znośna. Zdecydowanie wyciąłbym stąd całe te mnóstwo kolorów i podróże po fantazyjnym niebie. Mamy tu kilka naprawdę dobrych i klimatycznych scen, ale i kilka, które psują ten klimat.

Peterowi Jacksonowi wyszedł film dający się do oglądania, ale na pewno oczekiwania była większe. Być może reżyser spróbuje raz jeszcze nakręcić coś tak skromnego, aczkolwiek zauważalnym jest fakt, że najlepiej mu wychodzą filmy widowiskowe i wielkie. Cóż, nie każdy może, nie każdy powinien. Ale obejrzyjcie.

Moja ocena: 6/10

The Box. Pułapka (2009)

Oryginalny tytuł: The Box | Reżyseria: Richard Kelly What Would You Do?

The Box / PułapkaRichard Kelly nakręcił w swojej karierze jeden z najlepszych filmów w moim prywatnym (nieistniejącym) ranking najlepszych filmów świata. Mowa o „Donnie Darko”. Później szło mu już gorzej. W 2006 zrobił coś o tytule „Koniec świata” (w oryginale „Southland Tales”), czego niestety nie dałem rady oglądnąć. Po połowie filmu wciąż nie wiedziałem, o co w nim chodzi, przestałem oglądać. Teraz Kelly zrobił „The Box. Pułapka” (pogratulować polskiego tytułu) film prostszy z Cameron Diaz i Jamesem Marsdenem w rolach głównych.

Norma i Arthur Lewis (Cameron Diaz & James Marsden) dostają bardzo dziwną propozycję. Oto w ich domu zjawia się tajemnicze pudełko. Po chwili zjawia się jeszcze bardziej dziwny i przerażający starszy pan, który oznajmia: jeśli wciśniecie przycisk znajdujący się w pudełku dostaniecie milion dolarów, ale jednocześnie ktoś, gdzieś na świecie zginie. Jeśli tego nie zrobicie, nic się nie stanie, taką możliwość otrzyma inne małżeństwo. Na decyzję Lewisowie mają 24 godziny. Co zrobią? Co wy byście zrobili?

The Box” to takie trochę połączenie zwykłego filmu fabularnego i odjazdu, jaki mieliśmy przy okazji „Donniego Darko”. Niestety, nie jest to połączenie udane. Fabuła nie porywa, owszem jest zrozumiała i nie tak zagmatwana jak przy „Końcu świata”, ale jednak oczekuje się trochę więcej po kimś, kto zrobił kilkukrotnie już przeze mnie wspomniane dzieło. Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że Richard Kelly strzelił sobie trochę samobója, bo nakręceniu „Donniego Darko”, który został bardzo dobrze przyjęty zarówno przez widzów jak i krytykę, każdy jego następny film jest i będzie rozpatrywany przez pryzmat „Donniego Darko”. To trochę tak jak z M. Night Shyamalan i jego „Szóstym zmysłem”.

The Box

Aktorzy próbowali… naprawdę. Aczkolwiek zdeformowania ciała Cameron Diaz nie wybaczę. Diaz i Marsden próbowali zrobić coś z tym filmem, jednak niestety marny scenariusz na nic im nie pozwolił. Za to pochwalić muszę Franka Langellę, który świetnie wcielił się w przerażającego mężczyznę, który wytłumaczył małżeństwu Lewisów działanie tajemniczego pudełka. Być może dużo w jego roli pomogła przerażająca twarz (ucharakteryzowana odpowiednio).

The Box” ma jednak jedną, całkiem interesującą zaletę. Cała przedstawiona nam historia daje do myślenia. Bo tak jak powyżej zdałem wam pytanie: co byście zrobili w takiej sytuacji? Z jednej strony ktoś zginie, z drugiej jednak nie znamy tej osoby i co nas to obchodzi… Oczywiście to jedno z wielu rozwiązań i możliwych scenariuszy. Jedni mają mniej empatii, inni więcej. Kolejne spojrzenie na tę historię: a jak gdzieś, ktoś dostałby taką możliwość, zdecydowałby się na nią, a ową „uśmierconą” osobą bylibyśmy my bądź ktoś nam bliski? Wiele rozważań i wiele możliwości…

The Box

Gdyby Richard Kelly poszedł bardziej w tym kierunku, może nie ku moralizatorstwu, ale na stawianiu pytań oraz nieobrazowym i niebezpośrednim dawaniu odpowiedzi na nie, mógłby powstać naprawdę świetny film. A tak mamy straszne poplątanie dramatu z kinem fantastycznym, gdzie niektóre sceny wydają się być wzięte z kosmosu. Stanowczo jednak zadowala mnie zakończenie – mocne, jasne i odpowiednie. Rekompensuje nam niejako nijaki środek. Czekam jednak na coś przynajmniej w połowie tak mocnego i intensywnego jak „Donnie Darko”, panie Kelly.

Moja ocena: 4+/10

Nigdy nie mów nigdy (2009)

Reżyseria: Wojciech Pacyna

Nigdy nie mów nigdyGdy Ania Dąbrowska zgadza się na napisanie i zaśpiewanie piosenki do filmu to są dwie możliwości: albo jest on bardzo dobry, albo zapłacono jej dużo pieniędzy. Postanowiłem się przekonać jak jest z filmem „Nigdy nie mówi nigdy”, do którego powstała piosenka o tym samym tytule sygnowana przez artystkę.

Bohaterką filmu jest Ama - co to za imię w ogóle jest?! - (Anna Dereszowska) – zajmuje się ona wyszukiwaniem odpowiednich ludzi na najwyższe stanowiska. Tzw. Łowieniem głów. Jest w tym perfekcyjna i dokładna. Drugą sprawą jest fakt, że Ama chce mieć dziecko poprzez zapłodnienie In vitro, ale nie do końca jej to wychodzi. Podczas jednej z rozmów kwalifikacyjnych poznaje Marka (Jan Wieczorkowski), z którym idzie do łóżka.

Przede wszystkim Dereszowska nie poradziła sobie ze swoją rolą. Niby miała być zła, ale jakoś tak nie do końca się jej udało. Cała ta bajeczka była strasznie nijaka i wątła. Znów wszyscy byli bogaci, utalentowani, piękni i och-ach. Zupełnie nierealne jak na polskie warunki. Na szczęście plakaty promocyjne nie zawierały sloganów „Najlepsze coś roku”. Tym razem mieliśmy pytanie „Czego naprawdę chcą kobiety?”. W filmie tym nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie.

nnn

Średnio mi się podobało, jest to bardziej film obyczajowy niż komedia (jakakolwiek, ni to romantyczne, ni śmieszne). Jedynym plusem, jest wspomniana przeze mnie na samym początku piosenka przewodnia Ani Dąbrowskiej. Ale tę można posłuchać, zamiast oglądać cały film. I tak też zróbcie.

Moja ocena: 2/10

Pandorum (2009)

Oryginalny tytuł: Pandorum | Reżyseria: Christian Alvart

PandorumPrzy okazji recenzji „Moon” pisałem, iż 2009 był świetnym rokiem dla kina Science Fiction. Oto kolejny film, który udowadnia tę tezę. „Pandorum” jest obrazem na pograniczu Sci-Fi i horroru.

Na tajemniczym statku budzi się dwoje astronautów. Nie wiedzą, dlaczego tu są, gdzie jest reszta załogi i co ogólnie się stało, co doprowadziło ich do obecnego stanu. Z czasem przypominają sobie niektóre informacje, jednak idzie im to bardzo mozolnie… Tymczasem na statku jest ‘coś’. Coś, co nie jest do końca przyjaźnie nastawione… Mężczyznom odnaleźć się i przeżyć pomaga równie tajemnicza kobieta.

Nie jest to arcydzieło. Nie jest to film innowacyjny. Ale jest obraz, który w bardzo fajny sposób powiela już znane schematy, który potrafi zaciekawić i po prostu dobrze się go ogląda. Nie powiem, że od razu wiadomo jak się skończy, jednak z czasem się tego domyślamy.

Pandorum

Film potrafi lekko przestraszyć. Tak jak napisałem, jest on na pograniczu Science Fiction oraz horroru. Tak naprawdę oba te składniki zostały bardzo ładnie wyważone, przez co nie siedzimy cały czas jak na szpilkach, a i nie ma czasu na zrobienie herbaty (no chyba, że wciśniemy spację oglądając na komputerze, bądź w telewizji będą reklamy). Tak naprawdę mając do wyboru wiele, przeróżnych odmóżdżaczy, „Pandorum” jest w ścisłej czołówce tych dobrych w tymże gatunku. Zgrabne, wciągające i udane.

Moja ocena: 6+/10

Surogaci (2009)

Oryginalny tytuł: Surrogates | Reżyseria: Jonathan Mostow Ładniejsi

surrogates Bruce Willis ostatnimi czasy boryka się z pewnym problemem – nie wie, w czym ma grać. Albo sam wybiera tak źle filmy, albo ma bardzo niedobrego menadżera. „Surogaci” to kolejna pomyłka, w której aktora tej klasy nie powinno być. Ale jest…

W niedalekiej przyszłości (lub dalekiej, jak kto woli) każdy człowiek ma swojego surogata. Jest to taki robot będący ‘ładniejszą’ wersją nas samych. Chodzi sobie po świecie sterowany przez człowieka, który leży w domu i nic nie robi. Surogatów ponoć nie da się zranić, gdy giną w wypadkach, ludzie po prostu dostają nowego. Jednak fabuła filmu mówi, że śmierć jednego z surogatów poniosła za sobą równocześnie śmierć jego właściciela. Do akcji wkracza dwójka agentów FBI – Greer (Bruce Willis) oraz Peters (Radha Mitchell).

Po pierwsze widać tutaj wyraźną inspirację „Avatarem”. Film ten miał premierę jeszcze przed dziełem Camerona, jednak nie przeszkodziło to prawdopodobnie scenarzystom ‘zapożyczyć’ kilka pomysłów. Jak choćby główny wątek, czyli posiadanie swojego ‘lepszego’ odpowiednika. Oczywiście można się bronić, że to tylko zbieg okoliczności, a Avatary u Camerona są niebieskie. Takie czcze gadanie. I doszukiwanie się czegoś wielkiego w tym pustym czymś.

W całym tym rozgardiaszu podobało mi się jedynie zakończenie. Z jednej strony: 1) nareszcie się skończyło; z drugiej: 2) no, tak powinno się skończyć, brawo. W czasie seansu powstaje mnóstwo pytań, których nie ma sensu tutaj pisać, bo i tak odpowiedzi na nie nie uzyskamy. Obraz Jonathana Mostowa (ten który nie do końca sobie poradził z „Terminatorem 3”) to bezwartościowa, zbędna papka. I tu pragnę wytłumaczyć – wiem, że są takie filmy, na które idziemy tylko po to, żeby się rozerwać i które wcale nie muszą nic nowego wnosić, jednak „Surogaci” to szczyt szczytów.

Bruce Willis. Jak napisałem w pierwszym akapicie – błądzi. Jego ostatni, dobry film to chyba dopiero „Sin City” z przed pięciu lat. Jeszcze „Szklana pułapka 4” z 2008 była dobra, jednak to taki typowy dla niego film. Na próżno szukać Bruce’a z „Szóstego zmysłu”, „Pulp Fiction” czy pierwszych „Szklanych pułapek”. Rodriguez, Tarantino – kręćcie „Sin City 2” – Willis was potrzebuje!

Podsumowując, nie oglądajcie tego.

Moja ocena: 2/10

Nine - Dziewięć (2009)

Oryginalny tytuł: Nine | Reżyseria: Rob Marshall Be Italian!

To był najbardziej oczekiwany przeze mnie film roku 2009. Plejada gwiazd, spośród których Nicole Kidman i Penélope Cruz, które wielbię. Ceniony reżyser, dobry temat. Wydawałoby się, że sukces gwarantowany. A tu klapa – i finansowa, i artystyczna. Co poszło nie tak?

Nine Dziewięć Bohaterem „Nine” (nic mi nie mówicie o polskim tytule) jest Guido Contini (Daniel Day-Lewis), mega popularny reżyser, który ma poważne problemy nad stworzeniem nowego dzieła. Jego myśli nie są skupione na scenariuszu, a na kobietach, które skutecznie mącą mu w głowie: żona, Luisa Contini (Marion Cotillard); muza filmowa, Claudia (Nicole Kidman); duch matki, z którą reżyser rozmawia (Sophia Loren); ponętna kochanka, Carla (Penélope Cruz); projektantka kostiumów do filmów Guido oraz jego odwieczna przyjaciółka, Liliane La Fleur (Judi Dench); ideał kobiety, Saraghina (Stacy „Fergie” Ferguson) oraz dziennikarka, Stephanie (Kate Hudson). Każda z pań chciałaby kawałek Guido dla siebie. Każda z nich skutecznie miesza w jego życiu, przez co myśli on o wszystkim innym tylko nie scenariusz.

Podstawową i najważniejszą wadą filmu Marshalla jest brak ładu i składu. Brak – jak ja to ładnie nazwałem – „kleju” – swoistego spoiwa, która w jakiś sensowny sposób połączyłoby cały ten film, ten zlepek scen. Bo taka jest prawda – oto mamy sześć aktorek i jednego aktora. Nicole Kidman, Fergie oraz Kate Hudson pojawiają się w epizodach, coś tam robią, śpiewają i już ich nie ma. Sophia Loren pojawia się kilkukrotnie, ale też mogłoby jej nie być. Całość toczy się pomiędzy Danielem Day-Lewisem, Marion Cotillard oraz Penélope Cruz. Może gdyby okroić film to tych trzech postaci i na nich skupić całą historią, wyszłoby lepiej?

Sceny z Nicole, Fergie oraz Kate przypominają teledyski na którejś ze stacji muzycznych (w sumie to już nawet nie wiem, która rzeczywiście nadaje głównie teledyski, bo to, co idzie na Vivie czy MTV to… bez komentarza). Owszem, epizod Fergie wbija w fotel, epizod Kate jest udany, a Nicole Kidman jak zawsze genialna i cudowna, nie mniej jednak równie dobrze mogłoby tych scen tutaj nie być. Przechodzą do głównych postaci – Marion Cotillard dwukrotnie śpiewa i dwukrotnie są te prawdopodobnie najlepsze momenty „Nine”. Liczyłem, chociaż na nominację do Oscara, ale była do Złotego Globu. Dalej – Penélope Cruz niesamowicie ponętna i pociągająca. Uwielbiam jej akcent. Miód dla uszu. I na sam koniec… Daniel Day-Lewis jest świetnym aktorem, jednak mógłby nie śpiewać. Zagrał bardzo dobrze, jednak sceny śpiewane nie przekonują i czasem nawet aż bolą. Cała śmietanka aktorska razem pojawia się tym dwukrotnie i nie ma to prawie żadnego związku z filmem – są to sceny symboliczne, taka metafora tego, że owe panie są w życiu Gudio i ‘czegoś’ od niego chcą.

Podsumowując, niestety zawiodłem się. Oglądało się miło, bo zawsze miło jest patrzeć na ulubione twarze, jednak nic nowego ten film nie wniósł, nic nie zdobył i na pewno nie zapadnie w pamięć. Ani mi, ani prawdopodobnie nikomu. Smutne, ale prawdziwe, moje olbrzymie oczekiwania nie zostały zaspokojone. Daleko filmowi Marshalla od „Chicago”, nie wspominając już o „Moulin Rouge!”. Nawet prosta „Mamma Mia!” czy „Lakier do włosów” bardziej mi się spodobały. Co ciekawe, Rob Marshall chyba lekko ‘przejechał się’ na musicalach, ponieważ jego następnym filmem ma być… czwarta część Piratów z Karaibów! 1

Moja ocena: 5/10

Planeta 51 (2009)

Oryginalny tytuł: Planet 51 | Reżyseria: Jorge Blanco „No patrzcie, patrzcie – oni też mają antenki!”

Planeta 51 Filmów i bajek o kosmitach było sporo. „Planeta 51” to odwrócenie wszystkiego tego, co dobrze znamy i niejednokrotnie widzieliśmy. Bo oto mamy Planetę 51, gdzie żyją zielone ludziki. Mają swoje domy, rodziny, prace. W tym idealnym świecie ląduje statek kosmiczny z USA, z którego wychodzić człowiek. I to on traktowany jest jak ufoludek i obcy.

Bardzo ciekawe podejście do najazdu obcych, gdzie to ludzie są tymi złymi. W ogóle bajka ta zawiera mnóstwo przeróżnych odniesień do znanych obrazów – jak chociażby piesek głównego bohatera, który przypomina Obcego z filmu „Obcy - ósmy pasażer "Nostromo"”. Oglądanie i wyłapywanie tych smaczków jest bardzo ciekawym zajęciem, bo sama historia jest prosta, ale bardzo miła i znośna. Po prostu kolejna, odprężająca bajka dla całej rodziny. Podobała mi się dużo bardziej niż przereklamowane „Potwory kontra Obcy”, które również chciały pomiędzy wierszami nawiązać do znanych filmów, jednak tutaj wyszło to fajniej i bardziej subtelnie. Warto też zaznaczyć, że scenariusz napisał ten sam człowiek,Piesek który maczał palce we wszystkich trzech skryptach do filmów o Shreku – tak, więc tym razem formułka „Film twórców Shreka!”, którą straszą plakaty nie są bezpodstawne.

Podsumowując tę krótką recenzję, szukając ciekawej bajki dla dzieci (czy dla siebie), warto sięgnąć po „Planetę 51” niż chociażby po wspomniane „Potwory kontra Obcy”.

Moja ocena: 6/10